Pomaganie wiąże się jednak z wieloma nieprzyjemnościami. Pomagając, często ryzykujemy i wcale nie zyskujemy poklasku oraz natychmiastowej aprobaty otoczenia. Reagując na krzywdę innych musimy czasem "wepchnąć nos w nie swoje sprawy". Aby pomóc ofiarom, należy otwarcie potępić sprawców - do tego potrzeba pewnej hardości.
Co zrobić, widząc na ulicy zastraszonego psa, kulącego się pod mocnymi razami rozgniewanego właściciela? Czy wystarczy zwrócić uwagę, aby poprawić los psa i zmienić postępowanie tego człowieka? Czy jednorazowa interwencja policji coś zmieni? Odpowiedź jest jasna.
Możemy oczywiście założyć, że każdorazowo będziemy reagować i że inni postąpią tak samo, aż wreszcie tama pęknie i pies zostanie odebrany właścicielowi, a tenże poniesie karę. Często okazuje się to jednak pobożnym życzeniem, a rzeczywistość wygląda inaczej. Nasza interwencja podsyca tylko wściekłość właściciela, która może odbić się na zwierzęciu.
Jeszcze trudniej rysuje się sytuacja dzieci w rodzinach alkoholowych. Przede wszystkim, choć jest to paradoksalne, otoczenie bardzo często skupia się na sytuacji dorosłych - to ich cierpienie jako pierwsze rzuca się w oczy. Widzimy ból współuzależnionej żony, przejętej alkoholizmem męża, nie dzieci. Dostrzegamy fizyczne skutki kaca po dwutygodniowym ciągu, słuchamy opowieści o tym, jak bardzo alkoholik nie chce tego robić i co przeżywa. Te obrazy są zwykle poruszające i bardzo tragiczne, ukrywają jednak jeszcze bardziej dotkliwe doświadczenia - te należące do dzieci.
Dzieci uczestniczą w scenariuszu wykreowanym przez dorosłych i zwykle nie mają wyboru - muszą odgrywać przeznaczoną im rolę. Nie potrafią mówić o swoich doświadczeniach; miast tego przystosowane są do współodczuwania z dramatycznym położeniem dorosłych, żałują więc ich i to ich krzywdę opłakują, nie dostrzegając, że osobista trauma w ich wnętrzu rośnie i zapuszcza korzenie. Często mija wiele czasu, zanim docierają do tego, że to dziecięce doświadczenia generują różnego rodzaju trudności w ich dorosłym życiu. Dorosłym takie odkrycia są nie na rękę - oni widzą w dzieciach partnerów, winnych im wsparcie.
Pozostali dorośli (dalsza rodzina, sąsiedzi, nauczyciele, znajomi) wspierają tę mistyfikację, skupiając się na sytuacji uwikłanych w nałóg "rodziców" i zręcznie nie dostrzegając dziecięcych krzywd. Jeśli już coś widzą, nie reagują, licząc, że sytuacja sama się "ułoży". Bywa nawet, że pociągają dziecko do jeszcze większej odpowiedzialności. Kasiu, musisz coś zrobić z tym swoim ojcem! To się źle skończy! - rzuca mimochodem spotkana na korytarzu sąsiadka, po czym odchodzi, zadowolona, że spełniła swój moralny obowiązek.
To naprawdę rozpaczliwe, z jaką reakcją społeczeństwa mierzy się dziecko przeżywające koszmar domu rodzinnego. Dziecko nie ma żadnych własnych punktów odniesienia i zasobów, aby zmierzyć się z reakcją innych i spojrzeć na sytuację krytycznie. Pozostaje więc osamotnione, mierząc się z odpowiedzialnością ponad swoje siły i nie mogąc ocenić rzeczywistości realnie. Otoczenie narzuca mu inną narrację i ono ją przyjmuje. Oby kiedyś było mu dane to dostrzec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz